Tłum śpiewa. Muzyka jest głośna. Na scenie stoi człowiek, którego zna niemal każdy.
Obok niego dzieci.
Niektóre znają tekst, inne zapewne tylko melodię. Ktoś nagrywa telefonem. Za chwilę fragment koncertu trafia do internetu i zaczyna żyć własnym życiem.
I natychmiast pojawia się pytanie:
Czy takie teksty powinny być śpiewane przy dzieciach?
To ważne pytanie.
Ale mnie interesuje jeszcze inne.
Co w takiej chwili naprawdę słyszy dziesięciolatek?
Czy słyszy podtekst, który wychwytuje dorosły? Czy rozumie wszystkie słowa? Czy potrafi oddzielić prowokację sceniczną od rzeczywistości?
Być może nie.
Ale doskonale widzi coś innego.
Widziała lub widział tysiące osób śpiewających razem z artystą. Widzi telefony uniesione w górę. Widzi zachwyt, śmiech, aplauz.
A przede wszystkim widzi człowieka, którego zna.
Być może ma jego piosenki na swojej playliście. Być może ogląda go w internecie. Być może chce plecak, koszulkę albo inny przedmiot związany z jego marką.
I właśnie tutaj zaczyna się znacznie ciekawsza historia niż kolejna internetowa awantura o jednego piosenkarza.
Bo dziecko nie odbiera świata tak jak dorosły.
Jego wewnętrzny filtr dopiero się buduje.
Dorosły może powiedzieć:
„To jest tylko konwencja”.
„To tylko tekst piosenki”.
„Przecież wiadomo, że nie wszystko trzeba traktować dosłownie”.
Tylko że dla dziesięciolatka to „wiadomo” wcale nie musi być jeszcze oczywiste.
Popularność potrafi pożyczyć komuś autorytet
Nie trzeba uważać piosenkarza za życiowy autorytet, żeby jego zachowanie zaczęło mieć znaczenie.
To działa znacznie subtelniej.
Popularność jest trochę jak światło reflektora.
Oświetla nie tylko talent czy muzykę, ale również gesty, słowa, sposób mówienia, żartowania i zachowania.
A dziecko patrzy.
Czasem znacznie uważniej, niż nam się wydaje.
Osoby obecne stale w mediach mogą stawać się dla młodych ludzi punktami odniesienia.
Psychologia opisuje między innymi relacje paraspołeczne – jednostronne więzi z osobami medialnymi. Odbiorca zna ich twarz, głos, historię, widzi ich codziennie w telefonie i może mieć wrażenie, że w pewnym sensie ich zna.
To oczywiście nie znaczy, że każde dziecko bezmyślnie naśladuje celebrytę.
Znaczy jedynie, że jeśli komunikat wypowiada osoba lubiana, podziwiana i popularna, dociera on inną drogą niż identyczne słowa wypowiedziane przez przypadkowego człowieka.
Sympatia potrafi uchylić drzwi, zanim zdąży pojawić się krytyczna refleksja.
A u dziecka ta refleksja dopiero uczy się chodzić.
A potem ten sam świat trafia do tornistra
W przypadku Skolima sprawa staje się jeszcze bardziej interesująca, ponieważ jego marka nie kończy się na scenie.
W oficjalnym sklepie pojawiają się również produkty kierowane do dzieci oraz artykuły szkolne – kredki, ołówki, farby, plastelina czy plecaki związane z nazwą artysty i jego utworami.
I nie chodzi o to, żeby teraz stawiać prosty znak równości:
piosenka dla dorosłych = zły artysta = zły plecak.
To byłoby zbyt łatwe.
Ciekawsze jest coś innego.
Dla dorosłego świat produktów dziecięcych i świat scenicznej prowokacji mogą funkcjonować w dwóch osobnych szufladach.
Dziecko niekoniecznie ma już takie szuflady.
W jego świecie wszystko może tworzyć jedną historię.
Ten sam człowiek jest na scenie, w telefonie, w słuchawkach i na plecaku.
Czy dziecko potrafi już powiedzieć: „Bardzo go lubię, ale nie wszystko, co mówi i robi, jest dla mnie dobre”?
Bo to jest naprawdę wysoki poziom dojrzałości.
Nawet dorośli mają z nim czasem problem.
I właśnie tutaj zaczyna się edukacja zdrowotna
Czasem słyszymy:
„Po co rozmawiać z dziećmi o takich rzeczach? Przecież są jeszcze małe”.
Tylko że świat nie czeka cierpliwie za drzwiami szkoły, aż dziecko skończy trzynaście, piętnaście czy osiemnaście lat.
Świat już jest w jego kieszeni.
Telefon.
TikTok.
YouTube.
Starszy kolega.
Piosenka puszczona w samochodzie.
Rolka obejrzana przypadkiem.
Fragment koncertu przesłany na klasową grupę.
Nie da się zbudować wokół dziecka szczelnej kopuły.
I chyba nawet nie o to powinno chodzić.
Możemy natomiast dać mu coś znacznie bardziej użytecznego:
Kompas.
Nie taki, który mówi mu, czego ma słuchać.
Taki, który pomaga rozpoznać, co czuje i co o czymś myśli.
„Moje ciało – moje granice” zaczyna się dużo wcześniej niż przy dotyku
Kiedy mówimy dzieciom o granicach, często zaczynamy od ciała.
Masz prawo nie chcieć pocałunku.
Masz prawo nie chcieć przytulenia.
Masz prawo powiedzieć „nie”.
To absolutna podstawa.
Ale granice nie kończą się na skórze.
Mamy również granice emocjonalne, społeczne i medialne.
Mogę nie chcieć słuchać żartu, który mnie zawstydza.
Mogę czuć się źle, nawet jeśli wszyscy inni się śmieją.
Mogę nie powtarzać tekstu, który śpiewają moi koledzy.
Mogę bardzo kogoś lubić i jednocześnie pomyśleć:
„To mi się nie podoba”.
I chyba właśnie tego warto uczyć już dziesięcio- czy jedenastolatka.
Nie oceniania ludzi jako dobrych albo złych.
Oceniania sytuacji.
To ogromna różnica.
Nie musimy mówić dzieciom o Skolimie
Co więcej, na lekcji w klasie IV czy V wcale nie trzeba odtwarzać kontrowersyjnej piosenki ani pokazywać nagrania z koncertu.
Nie trzeba nawet wypowiadać nazwiska artysty.
Wystarczy stworzyć sytuację:
„Wyobraź sobie, że bardzo lubisz znanego piosenkarza. Masz jego plecak, słuchasz jego muzyki i obserwujesz go w internecie. Pewnego dnia mówi albo robi coś, co sprawia, że czujesz się nieswojo. Co wtedy?”
I poczekać.
Bo odpowiedzi dzieci mogą być znacznie ciekawsze niż gotowy wykład nauczyciela.
Można zapytać:
- Czy można nadal kogoś lubić?
- Czy lubienie kogoś oznacza zgodę ze wszystkim?
- Czy osoba popularna zawsze ma rację?
- Czy jeśli wszyscy coś powtarzają, ja również muszę?
- Czy mogę zmienić zdanie o kimś, kogo wcześniej podziwiałem?
I nagle lekcja o granicach staje się również lekcją o wolności myślenia.
Najlepszą ochroną nie zawsze jest zakaz
Zakaz jest prosty.
„Nie słuchaj”.
„Nie oglądaj”.
„Nie wchodź”.
Tyle że dziecko bardzo szybko wychodzi poza zasięg rodzicielskiego pilota.
Za kilka lat nikt nie będzie stał obok niego przy każdym filmie, imprezie, relacji czy rozmowie.
Dlatego zamiast budować coraz wyższy płot, może warto nauczyć je rozpoznawać teren.
Nie wszystko, co popularne, jest wartościowe.
Nie wszystko, co zabawne, jest niewinne.
Nie wszystko, co robi osoba, którą lubię, muszę przyjmować jako własne.
I odwrotnie.
Jedna rzecz, z którą się nie zgadzam, nie oznacza jeszcze, że muszę przekreślić całego człowieka.
To jest właśnie dojrzałość, którą dzieci budują przez lata.
Edukacja nie zabiera dzieciństwa. Może je chronić
Rozmowa o granicach nie oznacza wprowadzania dziesięciolatka w świat seksualności dorosłych.
Tak samo jak rozmowa o alkoholu nie oznacza nalewania dziecku kieliszka.
Chodzi o język.
O nazwanie tego, co dziecko już spotyka.
O nauczenie go, że może zaufać własnemu dyskomfortowi.
Że jeśli coś brzmi dziwnie, może zapytać.
Jeśli czegoś nie rozumie, nie musi udawać, że rozumie.
Jeśli wszyscy wokół coś robią, nie musi automatycznie robić tego samego.
I być może właśnie dlatego zajęcia o granicach powinny pojawiać się wcześniej, niż czasami podpowiada dorosłym intuicja.
Bo świat nie pyta nas, kiedy jesteśmy gotowi wpuścić go do życia dzieci.
On już tam jest.
W telefonie.
W słuchawkach.
Na ekranie.
Na scenie.
Czasem nawet na szkolnym plecaku.
Dlatego nie chodzi o to, żeby dziecku zasłonić oczy.
Chodzi o to, żeby kiedy je otworzy,
umiało patrzeć własnymi.
Fot. Kacper Piesik, Wikimedia Commons, CC BY 4.0. Zdjęcie wykadrowane
