Zdrowie seksualne w świecie informacji. Jak nie pomylić zasięgu z dowodem?
„Ale skąd pani wie, że to prawda?” – przy tej lekcji to nie jest niewygodne pytanie ucznia. To właściwie najlepsze pytanie, jakie może paść.
Jeszcze kilkanaście lat temu problemem młodego człowieka mógł być ograniczony dostęp do informacji o zdrowiu seksualnym. Dzisiaj znacznie częściej problemem jest coś odwrotnego: informacji jest ogromnie dużo i bardzo różnią się jakością.
Na jednym ekranie mogą pojawić się obok siebie: materiał instytucji zdrowia publicznego, wypowiedź lekarza, historia influencera, reklama preparatu „na libido”, forum internetowe, film sponsorowany, odpowiedź wygenerowana przez sztuczną inteligencję i treść stworzona przede wszystkim po to, aby zatrzymać uwagę albo coś sprzedać.
Wszystkie wyglądają jak „informacje”. Nie wszystkie mają jednak taki sam ciężar.
W pierwszym roku nauczania uczeń „dokonuje pogłębionej analizy informacji dotyczących zdrowia seksualnego, weryfikuje ich rzetelność…”, rozpoznaje dezinformację i treści niezgodne z aktualnym stanem wiedzy oraz wykorzystuje ustalenia przy podejmowaniu świadomych decyzji.
To oznacza, że zadaniem szkoły nie jest stworzenie uczniowi zamkniętej listy „dobrych stron”. Ważniejsze jest nauczenie go procedury: co zrobić, kiedy spotka informację, której jeszcze nie potrafi ocenić.
Najpierw rozdzielmy trzy rzeczy: twierdzenie, źródło i dowód
To jedno z najważniejszych rozróżnień przed wejściem na tę lekcję.
Twierdzenie to komunikat: „to działa”, „to jest bezpieczne”, „każdy powinien…”, „ten preparat poprawia libido”, „nie potrzebujesz lekarza”.
Źródło mówi nam, kto taki komunikat publikuje. Może to być instytucja publiczna, badacz, lekarz, producent, portal, influencer, anonimowy użytkownik albo sprzedawca.
Dowód odpowiada na pytanie: na czym właściwie opiera się twierdzenie? Na wynikach badań? Aktualnych rekomendacjach? Jednym doświadczeniu? Komentarzach klientów? A może wyłącznie na pewnym tonie autora?
I tu zaczyna się krytyczne myślenie. Pewność wypowiedzi nie jest jednostką miary jakości dowodu.
Fact-checking nie oznacza: „znalazłem stronę, która się ze mną zgadza”
Fact-checking to po prostu weryfikowanie konkretnego twierdzenia na podstawie możliwych do sprawdzenia źródeł.
NASK zwraca uwagę m.in. na sprawdzanie źródła, porównywanie informacji, rozdzielanie opinii od faktów i poszukiwanie niezależnego potwierdzenia.
Bardzo łatwo natomiast zrobić coś, co fact-checking tylko przypomina: mieć gotową odpowiedź i szukać materiału, który ją potwierdzi.
Wystarczy nawet odpowiednio sformułować pytanie w wyszukiwarce. „Dlaczego X jest niebezpieczne?” i „czy istnieją dowody, że X jest niebezpieczne?” mogą zaprowadzić nas w zupełnie inne miejsca.
Dlatego przy trudnym pytaniu ucznia nie boję się zdania: „Nie wiem. Sprawdźmy.”
To nie jest utrata autorytetu. To demonstracja jednej z najważniejszych kompetencji tej lekcji: nie zgadywać tam, gdzie można sprawdzić.
Czasem najlepszym sposobem przeczytania strony jest… wyjście z niej
To właśnie idea lateral reading, czyli czytania „na boki”.
Zamiast długo oglądać jedną stronę i zastanawiać się, czy jej autor wygląda profesjonalnie, otwieramy kolejną kartę.
Sprawdzamy, kto stoi za publikacją, jakie ma kompetencje, skąd pochodzi cytowane badanie, co na ten sam temat mówią niezależne źródła i czy informacja nadal jest aktualna.
Biały fartuch, wykres, mikroskop w tle i napis „potwierdzone naukowo” są elementami komunikatu. Dopiero możliwość dotarcia do rzeczywistych danych pozwala ocenić, czy za komunikatem stoi coś więcej.
Jedno badanie nie zawsze oznacza: „nauka udowodniła”
Przy inteligentnej grupie warto mieć jeszcze jedną rzecz z tyłu głowy: nawet prawdziwe badanie można przedstawić nierzetelnie.
NASK opisuje kilka bardzo typowych mechanizmów. Jednym z nich jest cherry-picking – wybieranie tych danych, które pasują do tezy, i pomijanie pozostałych.
Drugi to fałszywa przyczyna. Dwie rzeczy występują razem, więc ktoś natychmiast ogłasza, że jedna spowodowała drugą.
A przecież korelacja i przyczynowość to nie to samo. Parasole i mokre chodniki często pojawiają się razem. Nie znaczy to, że parasole moczą asfalt.
Jest jeszcze dowód anegdotyczny: „mój kolega brał i działało”, „u mnie było inaczej”, „w komentarzach wszyscy piszą, że pomaga”.
Taka historia może być całkowicie prawdziwa. Problem zaczyna się wtedy, gdy z jednego przypadku robimy zasadę dla wszystkich ludzi.
W zdrowiu seksualnym dezinformacja może prowadzić do realnej decyzji
I tu ta lekcja przestaje być zwykłą edukacją medialną.
Gdy ktoś uwierzy w nieprawdziwą informację o celebrycie, konsekwencją może być błędna opinia. Gdy uwierzy w nieprawdziwą informację o leku, diagnostyce albo zdrowiu – konsekwencją może być decyzja dotycząca własnego organizmu.
Internetowe komunikaty związane ze zdrowiem seksualnym mogą brzmieć na przykład: „to możesz brać bez konsultacji”, „naturalne, więc bezpieczne”, „działa u każdego”, „nie musisz mówić lekarzowi o innych lekach”, „jeśli jedna tabletka nie działa, weź więcej”.
W takim miejscu uczeń nie potrzebuje od nauczyciela indywidualnej porady medycznej. Potrzebuje umiejętności rozpoznania: tu kończy się bezpieczna informacja ogólna, a zaczyna decyzja wymagająca profesjonalnej konsultacji.
Lek, suplement i „naturalny preparat na potencję” nie są tym samym
To bardzo dobry przykład do uporządkowania jeszcze przed lekcją.
Produkt leczniczy przechodzi proces dopuszczenia do obrotu, w którym oceniane są m.in. jego jakość, bezpieczeństwo i skuteczność. Ma określone wskazania, dawkowanie, przeciwwskazania i informacje o możliwych interakcjach.
Suplement diety jest natomiast środkiem spożywczym. Nie przechodzi takiego samego procesu rejestracji jak lek i nie wolno przypisywać mu działania polegającego na leczeniu choroby.
A słowa takie jak: „naturalny”, „ziołowy”, „dla mężczyzn”, „na libido” czy „100% mocy” nie są kategoriami naukowymi potwierdzającymi skuteczność.
Są przede wszystkim komunikatem marketingowym, dopóki ktoś nie pokaże dowodów.
W 2023 roku KAS i CBŚP rozbiły grupę zajmującą się nielegalnym wytwarzaniem preparatów „na potencję”. Zabezpieczono ponad 800 tys. tabletek o wartości około 32 mln zł.
Produkty były sprzedawane m.in. przez internet jako „ziołowe suplementy”, choć do ich produkcji wykorzystywano farmakologicznie czynny sildenafil.
Nie mamy natomiast wiarygodnej liczby mówiącej, ile takich preparatów faktycznie sprzedaje się rocznie. Nielegalnego rynku nie mierzy się tak łatwo jak sprzedaży aptecznej. I to też jest dobra lekcja z fact-checkingu: nie wymyślamy precyzyjnej liczby tylko dlatego, że dobrze wyglądałaby w artykule.
Problemem nie jest sam sildenafil. Problemem może być to, że nie wiesz, co naprawdę bierzesz
Tutaj bardzo łatwo wpaść w drugą skrajność.
Sildenafil czy tadalafil nie są z definicji „podejrzanymi substancjami”. Są substancjami stosowanymi w zarejestrowanych produktach leczniczych w określonych wskazaniach.
Problem pojawia się wtedy, gdy człowiek kupuje preparat z niewiadomego źródła, nie zna jego rzeczywistego składu lub dawki i przyjmuje go bez uwzględnienia własnego zdrowia oraz innych stosowanych leków.
Główny Inspektorat Farmaceutyczny ostrzega, że sfałszowany lek może zawierać zbyt mało substancji czynnej, zbyt dużo, lub inną substancję niż deklarowana albo nie zawierać jej wcale.
I właśnie tutaj zdanie: „przecież to tylko tabletka na potencję” przestaje być niewinnym uproszczeniem.
Dlaczego informacja o innych lekach ma znaczenie?
Ponieważ leki mogą wchodzić ze sobą w interakcje.
Dobrym przykładem jest sildenafil. Jego stosowanie razem z azotanami wykorzystywanymi m.in. w leczeniu choroby wieńcowej jest przeciwwskazane, ponieważ połączenie może nadmiernie obniżyć ciśnienie krwi.
Nie trzeba robić z tego na lekcji wykładu z farmakologii. Wystarczy rozumieć zasadę: „ktoś w internecie napisał, że możesz to wziąć” nie jest oceną bezpieczeństwa dla konkretnego człowieka.
Zwłaszcza jeśli osoba publikująca poradę nie zna chorób, stosowanych leków, przeciwwskazań ani rzeczywistego składu produktu.
Lekarz online, teleporada i „receptomat” – to nie jest to samo
Internet komplikuje jeszcze jedną prostą zasadę: nie wszystko, co odbywa się online, jest niewiarygodne.
Konsultacja lekarska może legalnie odbywać się na odległość. Lekarz może przeprowadzić wywiad telefonicznie albo za pośrednictwem systemu teleinformatycznego, przeanalizować dostępną dokumentację i – jeżeli uzna, że ma wystarczające informacje – wystawić e-receptę.
Teleporady bardzo upowszechniły się podczas pandemii COVID-19, ale warto wiedzieć, że możliwość udzielania świadczeń medycznych na odległość nie jest rozwiązaniem stworzonym wyłącznie na czas pandemii. Jest elementem współczesnej opieki zdrowotnej.
Nie oznacza to jednak, że każdą receptę można wystawić zdalnie. Znaczenie mają stan pacjenta, możliwość przeprowadzenia wystarczającej oceny medycznej oraz przepisy dotyczące konkretnego produktu leczniczego.
W telemedycynie częścią badania może być szczegółowy wywiad, analiza dokumentacji, wcześniejszych rozpoznań i stosowanych leków. Lekarz powinien również ocenić, czy w danej sytuacji konsultacja zdalna jest wystarczająca. Jeśli potrzebne jest badanie fizykalne albo dodatkowa diagnostyka, pacjent powinien zostać skierowany na wizytę bezpośrednią.
I właśnie tutaj pojawia się problem „receptomatów”
Czym innym jest pełnoprawna teleporada, a czym innym usługa reklamowana właściwie jako „wybierz lek – wypełnij formularz – odbierz receptę”.
Rzecznik Praw Pacjenta wielokrotnie zwracał uwagę na podmioty, w których recepty wystawiano po bardzo ograniczonej ocenie pacjenta, czasem przede wszystkim na podstawie samodzielnie wypełnionej ankiety.
To szczególnie istotne przy preparatach dotyczących zdrowia seksualnego. Pacjent może przecież przyjmować inne leki, mieć choroby układu krążenia, przeciwwskazania albo objawy, których sam nie kojarzy z możliwością zastosowania danego produktu.
Dlatego pytanie nie powinno brzmieć: „czy lekarz był online?”, lecz raczej: „czy rzeczywiście odbyła się konsultacja medyczna i czy lekarz miał podstawy do podjęcia decyzji?”
Jeśli usługa praktycznie gwarantuje otrzymanie konkretnego leku, zanim jeszcze lekarz oceni stan zdrowia pacjenta, warto zapalić czerwoną lampkę. Rolą konsultacji nie jest zatwierdzenie zakupu, lecz ocena, czy dany sposób postępowania jest dla konkretnej osoby medycznie uzasadniony i bezpieczny.
Sam fakt, że konsultacja odbywa się online, nie przesądza więc o jej jakości. Tak samo jak sam napis „konsultacja lekarska” nie powinien zwalniać pacjenta z ostrożności. Warto sprawdzić, czy rzeczywiście odbywa się ocena medyczna, czy lekarz pyta o stan zdrowia i stosowane leki oraz czy może odmówić wystawienia recepty, gdy nie ma ku niej podstaw.
To szczególnie ważne przy lekach związanych ze zdrowiem seksualnym, ponieważ bezpieczeństwo ich stosowania może zależeć m.in. od chorób współistniejących i innych przyjmowanych leków.
Legalna apteka internetowa to nie to samo co sklep z tabletkami w internecie
To również warto nauczycielsko uporządkować.
W Polsce legalną wysyłkową sprzedaż leków prowadzą uprawnione apteki i dotyczy ona leków dostępnych bez recepty. Legalność apteki internetowej można sprawdzić w oficjalnym rejestrze.
Leków wydawanych na receptę nie kupujemy wysyłkowo z przypadkowego sklepu, portalu społecznościowego czy od osoby prywatnej.
To ważne szczególnie dlatego, że GIF wskazuje produkty stosowane przy zaburzeniach erekcji jako jedną z grup pojawiających się w nielegalnym obrocie i wśród produktów fałszowanych.
Rynek seksualności sprzedaje nie tylko tabletki. Sprzedaje też oczekiwania
Jest jeszcze jeden rodzaj informacji, którego nie znajdziemy w ulotce leku, a który młodzież widzi regularnie.
To komunikaty o tym, jak „powinien” funkcjonować seksualnie człowiek.
Mężczyzna ma być zawsze gotowy, zawsze pewny siebie, nigdy nie mieć trudności z erekcją i zawsze „dowieźć”.
Kobieta ma zawsze wyglądać atrakcyjnie, zawsze być zainteresowana, reagować w określony sposób, osiągać orgazm według przewidywalnego scenariusza i również nigdy „nie zawieść”.
Tyle że człowiek nie jest maszyną wykonującą test wydajności.
Reakcje seksualne zależą od wielu czynników: biologicznych, psychicznych, relacyjnych, zdrowotnych i sytuacyjnych. Pożądanie, podniecenie czy reakcje fizjologiczne nie wyglądają identycznie u wszystkich ludzi ani nawet u tej samej osoby w każdej sytuacji.
Właśnie dlatego internetowy komunikat: „prawdziwy mężczyzna zawsze…” albo „każda kobieta powinna…” warto potraktować jak każde inne mocne twierdzenie: na jakiej podstawie ktoś to mówi?
A pornografia? Jeden przykład, nie centrum lekcji
W tym artykule zostawiłabym ją dokładnie w takiej proporcji.
Pornografia nie jest materiałem medycznym ani edukacyjnym i nie została stworzona po to, aby przedstawiać reprezentatywny obraz ciała, reakcji seksualnych czy relacji. Dlatego nie jest wiarygodnym źródłem wiedzy o zdrowiu seksualnym.
Nie oznacza to jednak, że młodzi ludzie nie mogą budować na jej podstawie pewnych wyobrażeń. Właśnie dlatego warto potrafić powiedzieć o niej jedno rzeczowe zdanie, a potem wrócić do głównego pytania lekcji: jak oceniamy wartość źródła?
W badaniu NASK „Nastolatki” 47% uczniów szkół ponadpodstawowych deklarowało, że przynajmniej raz zetknęło się w internecie z treściami pornograficznymi. Wśród badanych, którzy taki kontakt deklarowali, średni wiek pierwszego zetknięcia wynosił około 11 lat i 3 miesięcy.
To nie jest powód do pytania klasy, kto co ogląda. Jest to jedynie informacja, że nauczyciel szkoły ponadpodstawowej nie powinien zakładać, iż młodzież po raz pierwszy spotyka takie przekazy podczas szkolnej lekcji.
A sztuczna inteligencja?
To kolejny ciekawy test źródła.
Narzędzie AI może pomóc uporządkować pytanie, znaleźć słowa kluczowe, streścić dokument albo wskazać kierunek dalszego sprawdzania.
Ale odpowiedź modelu nie jest automatycznie źródłem pierwotnym. Jeśli dotyczy zdrowia, warto dotrzeć do materiału, na którym odpowiedź powinna się opierać: badania, charakterystyki produktu leczniczego, aktualnych wytycznych czy komunikatu instytucji.
Lubię tu prostą metaforę: AI może pomóc znaleźć drogę. Nadal warto sprawdzić, czy droga rzeczywiście prowadzi pod wskazany adres.
Co zrobić, kiedy uczeń próbuje „zagiąć” nauczyciela?
„Lekarze też się mylą. Dlaczego mam im wierzyć?”
Oczywiście pojedynczy specjalista może się mylić.
Dlatego medycyna nie opiera się wyłącznie na autorytecie jednej osoby,
ale również na badaniach, wytycznych, możliwości sprawdzania danych
i aktualizowaniu wiedzy.
„Ale mój kolega brał ten preparat i działał.”
To może być prawdziwe doświadczenie.
Nie mówi jednak jeszcze, jaki był rzeczywisty skład preparatu,
czy był bezpieczny dla innej osoby
i czy można ten przypadek uogólnić.
„Skoro suplement jest legalnie sprzedawany, to znaczy, że działa?”
Nie. Legalność sprzedaży i dowód skuteczności terapeutycznej
to dwie różne kwestie.
Suplement diety nie jest produktem leczniczym.
„Przecież sildenafil działa.”
Tak – sildenafil jest substancją czynną stosowaną w lekach
o określonych wskazaniach.
To nie oznacza jednak, że każdy produkt z internetu zawierający
lub rzekomo zawierający sildenafil jest bezpieczny
ani że może go stosować każda osoba.
„To skąd mam wiedzieć, co jest prawdą?”
Nie zawsze będziesz wiedzieć od razu.
I właśnie dlatego potrzebna jest procedura sprawdzania,
a nie zapamiętywanie listy stron.
Nie uczymy nieufności do wszystkiego
To dla mnie ważne domknięcie.
Krytyczne myślenie nie oznacza: „nikomu nie można ufać”.
Nie chodzi też o to, żeby uczeń za każdym razem czytał trzydzieści stron badań naukowych, zanim podejmie najprostszą decyzję.
Chodzi o skalowanie wysiłku do konsekwencji.
Im bardziej informacja może wpłynąć na zdrowie, leczenie, przyjmowanie preparatu albo ważną decyzję, tym mocniejszych podstaw potrzebujemy.
Film może być początkiem pytania. Nie musi być końcem poszukiwania odpowiedzi.
W kolejnych zajęciach pojawią się infekcje przenoszone drogą płciową, profilaktyka, testowanie oraz antykoncepcja. W każdym z tych tematów uczeń spotka informacje, które mogą być aktualne, nieaktualne, uproszczone, komercyjne albo całkowicie fałszywe.
Dlatego pierwsza lekcja nie ma nauczyć odpowiedzi na wszystkie pytania. Ma dać coś bardziej trwałego: umiejętność zatrzymania się przed decyzją i sprawdzenia, na czym właściwie stoi informacja.
Gdybym przed wejściem do klasy miała zrobić sobie małą ściągę…
Autorytet autora jest ważny, ale nie kończy weryfikacji.
Jedno doświadczenie nie jest zasadą dla wszystkich.
Korelacja nie oznacza automatycznie przyczyny.
„Naturalny” nie oznacza automatycznie skuteczny ani bezpieczny.
Suplement diety nie jest lekiem.
Komercyjny cel materiału nie oznacza automatycznie fałszu, ale wymaga uwzględnienia konfliktu interesów.
Lek z legalnego źródła i preparat niewiadomego pochodzenia to nie to samo.
Pornografia jest jednym z przykładów niewiarygodnego źródła wiedzy, a nie głównym tematem tej lekcji.
Nie muszę znać każdej odpowiedzi. Muszę wiedzieć, jak ją sprawdzić.
Warto zajrzeć także tutaj
Jeśli przed lekcją chcemy szybko uporządkować temat wiarygodności informacji, leków, suplementów czy konsultacji online, warto oprzeć się przede wszystkim na aktualnych materiałach instytucjonalnych.
Bardzo dobre zaplecze do tej lekcji. NASK pokazuje, że dezinformacja zdrowotna może dotyczyć m.in. diagnostyki, terapii i leków. Materiały pomagają też uporządkować takie mechanizmy jak manipulacja danymi, dowód anegdotyczny czy wybieranie wyłącznie informacji pasujących do wcześniej założonej tezy.
Zobacz materiały NASK →Oficjalne i bardzo czytelne wyjaśnienie różnicy między suplementem a lekiem. GIS przypomina m.in., że suplementy nie przechodzą takiego procesu oceny jak produkty lecznicze i nie powinny być przedstawiane jako środki leczące choroby.
Zobacz materiał GIS →Przydatne źródło do rozmowy o lekach kupowanych w internecie. GIF wyjaśnia, jak wygląda dopuszczenie produktu leczniczego do obrotu, gdzie można legalnie kupować leki oraz jak sprawdzić legalną aptekę internetową.
Zobacz materiał GIF →Konkretny polski przykład pokazujący, dlaczego pochodzenie produktu ma znaczenie. W 2023 r. zabezpieczono ponad 800 tys. tabletek o wartości około 32 mln zł, dystrybuowanych jako „ziołowe suplementy diety”.
Zobacz komunikat KAS →Świeży materiał z 2026 r. przypominający, że przed podjęciem leczenia trzeba zebrać informacje pozwalające ocenić m.in. przeciwwskazania. Dobre uzupełnienie części o konsultacjach medycznych i bezpieczeństwie pacjenta.
Zobacz materiał RPP →Dobry punkt odniesienia do rozróżnienia między prawidłową teleporadą a usługą nastawioną przede wszystkim na szybkie uzyskanie recepty. RPP opisuje przypadki i zagrożenia związane z niekontrolowaną preskrypcją leków.
Zobacz materiał RPP →Źródło polskich danych dotyczących funkcjonowania młodzieży w internecie. Raport zawiera również dane dotyczące kontaktu z treściami pornograficznymi, dzięki czemu ten wątek można osadzić w rzeczywistych danych, bez straszenia i bez zgadywania.
Otwórz raport NASK →Wiedza nauczyciela jest szeroka. Lekcja dla ucznia – uporządkowana.
Ten artykuł jest zapleczem merytorycznym przed zajęciami. Gotowy scenariusz „Zdrowie seksualne w świecie informacji” prowadzi uczniów przez 45-minutową pracę na neutralnych, fikcyjnych przykładach i uczy praktycznej procedury sprawdzania informacji.
Uczniowie nie są pytani o własne doświadczenia, stosowane preparaty, zdrowie ani oglądane treści. Celem jest kompetencja informacyjna: sprawdzić – zanim informacja stanie się decyzją.
Źródła
- Podstawa programowa edukacji zdrowotnej – zdrowia seksualnego dla liceum i technikum, Dz.U. 2026 poz. 947.
- NASK – Ośrodek Analizy Dezinformacji, materiały dotyczące dezinformacji i dezinformacji medycznej.
- NASK, „Nastolatki. Raport badawczy”.
- Główny Inspektorat Farmaceutyczny – „Bezpieczny lek, bezpieczny zakup”.
- Główny Inspektorat Farmaceutyczny – materiały dotyczące sfałszowanych produktów leczniczych i nielegalnej sprzedaży leków w internecie.
- Krajowa Administracja Skarbowa – informacja o rozbiciu grupy nielegalnie wytwarzającej preparaty na potencję, 2023.
- Główny Inspektorat Sanitarny – materiały dotyczące różnic między suplementem diety a produktem leczniczym.
- European Medicines Agency – informacje o produktach leczniczych zawierających sildenafil i tadalafil.
- Digital Inquiry Group – materiały dotyczące lateral reading i oceny źródeł internetowych.
