Zabierzmy im telefony. I co dalej?
O zakazie komórek w szkołach podstawowych, nauczycielu bez magicznej różdżki, rodzicu „pod telefonem” i dziecku, które czasem za ekranem po prostu się chowa.
1 września 2026 roku telefon w polskiej szkole podstawowej zmienia status.
Nie znika z powierzchni ziemi.
Nie rozpływa się po przekroczeniu szkolnej bramy.
I – wbrew niektórym nagłówkom – uczeń nie dostaje ustawowego zakazu posiadania smartfona w plecaku.
Dostaje natomiast zakaz korzystania z niego podczas pobytu w szkole związanego z zajęciami dydaktycznymi, wychowawczymi i opiekuńczymi oraz podczas zajęć edukacyjnych organizowanych poza szkołą.
Brzmi prosto.
Prawo zazwyczaj brzmi prosto, dopóki nie wyjdzie z Dziennika Ustaw na szkolny korytarz.
– Schowaj telefon.
– Ale mama kazała mi go mieć.
– Możesz go mieć. Nie możesz teraz z niego korzystać.
– Ale mama do mnie napisze.
– Odpowiesz później.
– Mama powiedziała, że mam jej odpisywać.
I oto nauczyciel o godzinie 10.37 zostaje arbitrem w fascynującym spotkaniu:
Ustawa kontra mama.
Tylko że żarty żartami, a od września za tym dialogiem stoi już bardzo konkretne prawo.
Najpierw fakty. Co właściwie zmienia się 1 września?
Ustawa z 3 lipca 2026 r. o zmianie ustawy – Prawo oświatowe została ogłoszona w Dzienniku Ustaw 3 sierpnia 2026 r. pod pozycją 1036 i wchodzi w życie 1 września 2026 r.
Państwo mówi: zakaz. Nauczyciel pyta: dobrze, ale co ja mam właściwie zrobić?
I tutaj dochodzimy do części, która interesuje szkołę znacznie bardziej niż piękne uzasadnienie ustawy.
Bo przepis można napisać w Warszawie.
A potem ktoś musi go wyegzekwować w klasie 7B w poniedziałek na szóstej lekcji.
Uczeń wyciąga telefon.
Nauczyciel mówi:
– Odłóż.
Uczeń odkłada.
Idealnie.
Ustawodawca może spokojnie przejść do następnego problemu.
Tylko że czasami uczeń odpowie:
– Nie.
I właśnie w tym jednym krótkim słowie mieści się całe szkolne życie, którego nie widać z poziomu paragrafu.
Państwo wprowadza zakaz korzystania z telefonu. Szkoła ma obowiązek ten zakaz egzekwować. Rodzic ma ze szkołą współpracować. A ostatecznie cała ta konstrukcja prawna spotyka się na korytarzu z jedenastolatkiem, który oznajmia: „Nie odłożę”.
Czy nauczyciel może po prostu zabrać telefon?
Tu warto bardzo dokładnie patrzeć na słowa ustawy.
Jeżeli szkoła zorganizuje miejsce lub miejsca przechowywania telefonów, uczeń ma obowiązek przestrzegać ustalonych zasad odkładania i odbierania urządzeń.
A jeśli ich nie przestrzega?
Art. 98b ust. 4 mówi, że nauczyciel nakazuje uczniowi odłożenie telefonu do miejsca przechowywania.
Ustawodawca nie napisał:
„nauczyciel wyrywa urządzenie z ręki”,
„przeszukuje plecak”,
ani:
„rozpoczyna zapasy w stylu wolnym pomiędzy ławką a tablicą”.
Napisał:
nakazuje odłożenie.
A jeśli uczeń tego nakazu nie wykona, ustawa przewiduje kolejny etap: działania wychowawcze lub kary określone w statucie szkoły.
Ministerstwo Edukacji, opisując nowe rozwiązania, wskazywało przykładowo na upomnienie, kontrakt wychowawczy, kary statutowe i konsekwencje dotyczące oceny zachowania.
Czyli nauczyciel dostał narzędzia proceduralne.
Nie dostał natomiast magicznego przycisku „uczeń od tej chwili współpracuje”.
I to rozróżnienie jest bardzo ważne.
Bo część całej debaty o telefonach odbywa się tak, jakby wystarczyło napisać słowo „zakaz”, a 1 września półtora miliona młodych ludzi zgodnie westchnie:
– Ach, skoro jest ustawa, to rzeczywiście nie będę sprawdzał Snapchata.
Młodzież, jak wiadomo, słynie z bezwarunkowego entuzjazmu wobec regulacji tworzonych przez dorosłych.
Co więc nauczyciel powinien zrobić w praktyce?
Tu potrzebujemy przede wszystkim jednej rzeczy: spójnej procedury całej szkoły.
Bo najgorszy możliwy model wygląda tak:
u pani od matematyki telefon leży w plecaku,
u pana od historii wystarczy tryb samolotowy,
u wychowawcy trafia do pudełka,
a na angielskim „byle mnie nie nagrywali”.
Po dwóch tygodniach nie mamy regulacji.
Mamy szkolny folklor.
1. Jasny komunikat.
Bez dwudziestominutowej rozprawy konstytucyjnej w czasie lekcji. Uczeń ma zakończyć korzystanie z urządzenia.
2. Jeżeli szkoła ma miejsce przechowywania – polecenie odłożenia telefonu.
To właśnie przewiduje art. 98b ust. 4 Prawa oświatowego.
3. Odmowa nie zamienia nauczyciela w komornika.
Niewykonanie polecenia uruchamia działania wychowawcze lub konsekwencje statutowe.
4. Zdarzenie powinno być obsłużone według jednej szkolnej procedury.
Nauczyciel nie powinien za każdym razem wymyślać własnego kodeksu karnego od podstaw.
5. Jeżeli problem się powtarza – wchodzi rodzic.
Nie jako kibic swojego dziecka w sporze ze szkołą, ale jako osoba, której ustawodawca wprost przypisał obowiązek współpracy.
„Ale ja kazałam dziecku mieć telefon”
I tu dochodzimy do rodziców.
Bo ten argument będziemy od września słyszeli zapewne częściej niż szkolny dzwonek.
– Moje dziecko ma mieć przy sobie telefon, bo chcę mieć z nim kontakt.
I właściwie... może.
W przypadku ucznia szkoły podstawowej ustawa zakazuje korzystania z urządzenia. Nie wprowadza generalnego zakazu wniesienia telefonu do szkoły.
To ważne rozróżnienie.
Dziecko może mieć telefon w plecaku.
Nie oznacza to jednak, że rodzic może prywatną instrukcją stworzyć sobie własny wyjątek od ustawy.
„Mama kazała mi odpisywać” nie jest ustawowym wyjątkiem.
Ustawa przewiduje możliwość nagłego kontaktu ucznia z rodzicem, ale za zgodą nauczyciela.
I właściwie tutaj ustawodawca zrobił coś bardzo ciekawego.
Nie powiedział wyłącznie:
„Szkoło, radź sobie”.
Dodał jeszcze art. 98d ust. 2.
A tam stoi wprost, że rodzice niepełnoletniego ucznia współpracują ze szkołą w zakresie przestrzegania przez dziecko warunków i zakazów dotyczących telefonów, a także kształtowania higieny cyfrowej i odpowiedzialnego korzystania z technologii.
Szkoła ma zakaz egzekwować.
Rodzic ma ze szkołą współpracować.
I ten drugi fragment może się okazać znacznie ważniejszy niż pierwszy.
Bo trudno nauczyć dziecko przestrzegania zasad w szkole, jeśli o 7.20 rano słyszy:
– Jak napiszę, od razu mi odpisujesz.
A o 8.05 nauczyciel mówi:
– Nie wolno ci korzystać z telefonu.
I potem wszyscy oczekujemy od dwunastolatka, że rozwiąże konflikt norm z finezją profesora prawa konstytucyjnego.
Ale dlaczego rodzic właściwie tak bardzo potrzebuje tego kontaktu?
Bo smartfon zmienił nie tylko dzieci.
Zmienił również rodzicielstwo.
Jeszcze nie tak dawno dziecko wychodziło rano do szkoły i przez kilka godzin rodzic funkcjonował w egzotycznym stanie pod tytułem:
„Nie wiem dokładnie, co moje dziecko robi w tej sekundzie”.
Ludzkość, o dziwo, przetrwała.
Dzisiaj możemy napisać.
Zadzwonić.
Sprawdzić lokalizację.
Zapytać, czy zjadł kanapkę.
Dowiedzieć się o dwójce z matematyki jeszcze zanim uczeń zdąży opuścić budynek.
Technologia nie dała nam wyłącznie możliwości kontaktu.
Dała nam oczekiwanie stałej dostępności.
I dlatego odłożenie telefonu może być wyzwaniem nie tylko dla dziecka.
Czasami większym dla rodzica.
A teraz spójrzmy na dziecko. Bo w tej wojnie dorosłych łatwo je zgubić
Szkoła ma ustawę.
Rodzic ma potrzebę bezpieczeństwa.
Nauczyciel ma trzydzieścioro uczniów i lekcję do przeprowadzenia.
A gdzieś pomiędzy nimi jest dziecko.
Czasem dziewięcioletnie.
Czasem trzynastoletnie.
Czasem świetnie funkcjonujące społecznie.
A czasem takie, dla którego telefon nie jest wyłącznie urządzeniem.
Jest czymś w rodzaju małej, świecącej zasłony.
Wyciągasz ją i nagle nie musisz patrzeć nikomu w oczy.
Telefon pozwala wyglądać na zajętego
Wyobraźmy sobie przerwę.
Korytarz.
Grupki dzieci.
Ktoś się śmieje.
Ktoś rozmawia.
Ktoś stoi sam.
Dwadzieścia lat temu uczeń stojący sam pod ścianą po prostu stał sam pod ścianą.
I wszyscy to widzieli.
Dzisiaj wystarczy wyjąć telefon.
I obraz natychmiast się zmienia.
Nie jestem samotny.
Jestem zajęty.
Smartfon dał młodemu człowiekowi społecznie akceptowalny sposób bycia samemu w tłumie bez konieczności pokazywania światu, że właśnie jest sam.
To może być TikTok.
Może być gra.
Może być rozmowa z kimś spoza szkoły.
A może być zwykłe przewijanie ekranu, którego treść nie ma większego znaczenia.
Znaczenie ma co innego:
nie muszę teraz do nikogo podejść.
Nie muszę powiedzieć „cześć”.
Nie muszę przeżyć tych trzech paskudnie długich sekund, kiedy nie wiem, czy ktoś odpowie.
Nie muszę sprawdzać, czy znajdzie się dla mnie miejsce przy stoliku.
Telefon załatwia sprawę.
I tu zaczyna się psychologia. Telefon może być problemem i jednocześnie ulgą
To bardzo ważne, żeby nie zrobić teraz z każdego ucznia siedzącego w telefonie pacjenta.
Nie każdy ma lęk społeczny.
Nie każdy jest samotny.
Nie każdy jest uzależniony.
Czasami dziecko po prostu chce obejrzeć głupi filmik.
Czasami ma dosyć ludzi.
Czasami potrzebuje pięciu minut spokoju.
Dorośli robią dokładnie to samo.
I warto sobie o tym przypomnieć, zanim nauczyciel z telefonem w ręku w pokoju nauczycielskim rozpocznie wykład o tym, że „ta młodzież już w ogóle ze sobą nie rozmawia”.
Dajmy młodzieży tę samą łaskę, którą bardzo chętnie dajemy sobie.
Nie każdy kontakt z ekranem jest objawem patologii.
Ale istnieje również druga strona.
Badanie podłużne opublikowane w „Journal of Adolescence” w 2025 r., przeprowadzone w grupie 1684 nastolatków, wskazało na dwukierunkową zależność pomiędzy lękiem społecznym a problematycznym korzystaniem z sieci społecznościowych: większy lęk przewidywał późniejsze większe problematyczne korzystanie i odwrotnie. Jednocześnie większe poczucie więzi ze szkołą wiązało się z mniejszym problematycznym korzystaniem.
Badanie przeprowadzono w Chinach, dlatego nie należy przenosić jego wyników jeden do jednego na polską podstawówkę.
Ale mechanizm jest wart uwagi.
Telefon może być poręczą.
Kiedy się boję – chwytam ją. Napięcie spada.
I w tej konkretnej chwili poręcz naprawdę mi pomogła.
Problem zaczyna się wtedy, kiedy poręcz zaczynam traktować jak drogę.
Jeżeli za każdym razem, kiedy czuję społeczne napięcie, wyciągam telefon, mogę coraz rzadziej doświadczać czegoś niezwykle potrzebnego:
że podszedłem,
że powiedziałem „hej”,
że było niezręcznie,
że przeżyłem,
że następnym razem będzie trochę łatwiej.
Zabieramy ekran. A pod nim czasami siedzi lęk
I tu właśnie zakaz może przynieść coś dobrego.
Może stworzyć sytuacje, których wcześniej łatwo było uniknąć.
Rozmowę.
Nudę.
Kontakt.
Patrzenie przez okno.
Grę w karty.
Sprzeczkę.
Wygłupy.
Czyli wszystkie te mało spektakularne czynności, z których przez dziesięciolecia składało się szkolne życie społeczne.
Ale nie oczekujmy cudu.
Odebranie możliwości ucieczki nie jest tym samym co nauczenie człowieka, jak zostać.
Jeżeli dziecko siedziało w telefonie dlatego, że aplikacja była ciekawsza niż kolega – brak telefonu może rzeczywiście skierować jego uwagę na kolegę.
Ale jeżeli siedziało w telefonie dlatego, że:
„boję się podejść”,
„nie wiem, co powiedzieć”,
„oni mnie nie lubią”,
„znowu zostanę sam”,
to po schowaniu smartfona nie pojawia się nagle kompetencja społeczna.
Pojawia się to samo dziecko.
Tylko bez telefonu.
A może jednak naprawdę mamy problem z ekranami?
Mamy.
Tylko nazywajmy go precyzyjnie.
Nie każde dziecko, które długo siedzi w telefonie, jest „uzależnione”.
W badaniach częściej mówi się o problematycznym korzystaniu z internetu, mediów społecznościowych czy smartfona, obejmującym między innymi utratę kontroli, zaniedbywanie innych aktywności i negatywne konsekwencje codziennego używania.
I tu liczby przestają być zabawne.
WHO podkreśla przy tym coś bardzo istotnego: potrzebne jest nie tylko ograniczanie ryzyka, ale również rozwijanie kompetencji cyfrowych, zdrowych nawyków i zdolności równoważenia życia online i offline.
I tu właśnie dochodzimy do sedna.
Polskie dzieci dostają telefon naprawdę wcześnie
Raport NASK „Nastolatki” pokazuje, jak szybko smartfon staje się elementem dziecięcej codzienności.
Wśród badanych uczniów klas VII i VIII aż 11 proc. deklarowało otrzymanie własnego telefonu lub smartfona z dostępem do internetu do 6. roku życia, 34 proc. w wieku 7–8 lat, a kolejne 41 proc. w wieku 9–10 lat.
Nie mamy więc do czynienia z gadżetem, który nagle pojawił się u trzynastolatka.
Dla wielu uczniów telefon jest obecny w życiu od momentu, kiedy dopiero uczyli się samodzielnie pakować plecak.
To ważne, bo kiedy dorosły mówi:
„Po prostu go nie wyciągaj”,
dziecko może słyszeć polecenie dotyczące zachowania, które przez kilka lat wykonywało dziesiątki albo setki razy dziennie.
To nadal nie oznacza, że zakaz jest zły.
Oznacza tylko, że sam zakaz nie uczy samoregulacji.
Zakaz jest granicą. Nie jest terapią
I to chyba najważniejszy punkt całej dyskusji.
Zakaz jest granicą.
Nie jest terapią.
Nie jest treningiem umiejętności społecznych.
Nie jest nauką samoregulacji.
Nie leczy samotności.
Nie usuwa lęku.
Jeżeli dziecko 31 sierpnia miało trudność z odłożeniem telefonu, to 1 września nie otrzyma automatycznie zdolności samokontroli tylko dlatego, że zmienił się Dziennik Ustaw.
Przez kilka godzin po prostu nie będzie mogło korzystać z urządzenia.
I może to być bardzo dobry początek.
Ale tylko początek.
Rzeczniczka Praw Dziecka zwracała uwagę właśnie na to
Jeszcze na etapie prac nad przepisami Rzeczniczka Praw Dziecka, po konsultacjach z młodymi ludźmi, zwracała uwagę, że działania oparte wyłącznie na restrykcjach nie wystarczą do zbudowania świadomego i odpowiedzialnego korzystania z technologii.
W stanowisku wskazywano między innymi na potrzebę rzeczywistej edukacji dotyczącej higieny cyfrowej oraz na fakt, że szkoła nie może po prostu udawać, iż świat cyfrowy przestaje istnieć za jej drzwiami.
I najwyraźniej część tej myśli trafiła do ostatecznej ustawy.
Nowelizacja zmienia bowiem również przepisy dotyczące programu wychowawczo-profilaktycznego oraz zadań dyrektora. Szkoła ma brać pod uwagę zagrożenia związane z korzystaniem z technologii i aktywnością uczniów w internecie, a wśród działań prozdrowotnych pojawia się wprost promowanie higieny cyfrowej i przeciwdziałanie uzależnieniom.
I bardzo dobrze. Bo jeśli cała szkolna edukacja cyfrowa będzie polegała na tym, że rano zamykamy telefon w pudełku, a o 14.30 go oddajemy, to nauczyliśmy dziecko głównie korzystania z pudełka.
Telefon wróci do ręki o 14.30
I algorytm będzie tam czekał.
TikTok będzie czekał.
Messenger będzie czekał.
Gra będzie czekała.
Powiadomienia również nie obrażą się i nie odejdą.
Dlatego UNESCO, choć opisuje gwałtowny wzrost liczby systemów edukacyjnych ograniczających smartfony, zwraca jednocześnie uwagę, że zakazy same nie rozwiązują cyfrowego wyzwania. W marcu 2026 r. krajowe ograniczenia dotyczące telefonów obowiązywały już w 114 systemach edukacyjnych – około 58 proc. monitorowanych krajów.
Globalna tendencja jest więc jasna.
Szkoły mówią:
„Dosyć rozpraszania”.
I mają do tego mocne argumenty.
Ale następne pytanie powinno brzmieć:
„Czego nauczymy zamiast?”
Co powinna zrobić szkoła poza zakazem?
Jeżeli potraktujemy nowe prawo serio, szkoła powinna równolegle pracować co najmniej w kilku kierunkach.
Uczeń powinien wiedzieć, co się dzieje po naruszeniu zakazu niezależnie od tego, który nauczyciel stoi przed nim.
Co znaczy „nagły kontakt”? Jak skontaktować się z dzieckiem? Jak działa miejsce przechowywania? Co dzieje się w razie złamania zasad?
Nie „telefon jest zły”, tylko: uwaga, powiadomienia, algorytmy, sen, nawyki, samokontrola, prywatność i rozpoznawanie momentu, w którym tracimy kontrolę.
Jeżeli zabieramy najłatwiejszy sposób zabijania czasu, warto pomyśleć, czy szkoła oferuje miejsca i okazje, w których można rzeczywiście pobyć razem.
Nie po to, żeby je natychmiast „integrować”, lecz żeby zobaczyć, czy za ekranem nie kryła się trudność, której wcześniej po prostu nie było widać.
Bo może się okazać, że cisza po telefonach będzie bardzo głośna
To może być najciekawszy skutek nowych przepisów.
Nagle zobaczymy szkolny korytarz trochę inaczej.
Zobaczymy, kto potrafi podejść.
Kto zaczyna rozmowę.
Kto natychmiast znajduje grupę.
Kto chodzi od jednego końca korytarza do drugiego.
Kto stoi.
Kto nie wie, co zrobić z rękami.
I być może zauważymy dzieci, których wcześniej nie widzieliśmy, bo miały przed twarzą ekran.
Kiedy zabieramy dziecku schronienie, dobrze byłoby sprawdzić, czy nie zostawiliśmy go przypadkiem na środku pola.
Nie oznacza to, że mamy oddać telefon.
Oznacza, że czasami trzeba podejść.
Zagadać.
Zaproponować aktywność.
Pomóc wejść do grupy.
Albo zwyczajnie pozwolić przez chwilę pobyć samemu bez diagnozowania tego jako społecznej katastrofy.
I jeszcze jedno: dorośli też mają telefony
To jest być może najbardziej niewygodna część całej rozmowy.
Bo łatwo powiedzieć dziecku:
– Odłóż.
Trochę trudniej zrobić to samemu.
Rzeczniczka Praw Dziecka w konsultacjach zwracała uwagę również na sygnały młodych osób dotyczące prywatnego korzystania z telefonów przez dorosłych w szkole.
I trudno całkiem zlekceważyć ten argument.
Jeżeli chcemy uczyć dzieci, że rozmowa ma pierwszeństwo przed ekranem, dobrze byłoby od czasu do czasu pokazać im, jak to wygląda.
Nie dlatego, że nauczyciel ma być objęty tym samym ustawowym zakazem.
Nie jest.
Ale dlatego, że wychowanie ma pewną paskudną cechę:
dzieci znacznie uważniej patrzą na to, co robimy, niż słuchają tego, co im mówimy.
Czy zakaz telefonów w podstawówkach jest więc dobrym pomysłem?
Moim zdaniem to źle postawione pytanie.
Bo od 1 września nie rozmawiamy już o samym pomyśle.
Rozmawiamy o prawie, które trzeba wdrożyć.
Ciekawsze jest więc pytanie:
czy potrafimy zrobić z tego coś więcej niż zakaz?
Możemy potraktować telefon jak przedmiot.
Uczeń wyjął.
Uczeń złamał zakaz.
Uczeń dostał uwagę.
Koniec sprawy.
Administracyjnie – pięknie.
Wychowawczo – niekoniecznie.
Możemy też zapytać:
Dlaczego tak trudno mu go odłożyć?
Co robi na przerwie bez ekranu?
Czy potrafi wytrzymać nudę?
Czy potrafi być z innymi?
Czy telefon nie rozwala mu snu?
Czy rodzic sam nie oczekuje całodziennej dostępności?
Czy po powrocie ze szkoły urządzenie nie wraca do ręki na następnych sześć godzin?
I dopiero wtedy zaczynamy rozmawiać nie o telefonie.
Tylko o człowieku, który go trzyma.
Zabierzmy im telefony. Ale nie zatrzymujmy się w połowie drogi
Jest coś kuszącego w zakazach.
Są konkretne.
Widoczne.
Łatwo je zapisać w punkcie pierwszym procedury.
Znacznie trudniej nauczyć człowieka regulować własną uwagę.
Jeszcze trudniej nauczyć go radzić sobie z nudą.
A najtrudniej pomóc mu podejść do drugiego człowieka wtedy, kiedy się boi.
Ale właśnie tam zaczyna się wychowanie.
Telefon można odłożyć do szafki w kilka sekund.
Znacznie dłużej trwa nauczenie dziecka, że potrafi funkcjonować bez niego.
Dlatego zabierzmy telefon z lekcji.
Niech przestanie wygrywać z nauczycielem, kolegą, podręcznikiem i własną uwagą.
Niech na przerwie pojawi się trochę nudy.
Trochę rozmowy.
Trochę patrzenia w okno.
Może nawet trochę niezręczności.
To wszystko jest częścią dorastania.
Ale kiedy zgaśnie ekran, patrzmy uważnie na to, co pojawi się pod nim.
Bo czasami będzie tam zwykłe:
„nudzi mi się”.
Czasami:
„chcę zobaczyć mema”.
A czasami:
„nie wiem, jak być z innymi”.
I na tę ostatnią odpowiedź żadna szafka na telefony jeszcze nie pomogła.
Szkoła dostaje zakaz do egzekwowania.
Rodzic dostaje obowiązek współpracy.
Dziecko zostaje bez ekranu.
I właśnie wtedy zaczyna się najważniejsza część tej lekcji.
Najczęściej zadawane pytania
Czy od 1 września 2026 r. uczeń szkoły podstawowej nie może przynieść telefonu do szkoły?
Ustawa w odniesieniu do uczniów szkół podstawowych zakazuje przede wszystkim korzystania z telefonu podczas pobytu w szkole związanego z realizacją zajęć dydaktycznych, wychowawczych i opiekuńczych oraz podczas zajęć edukacyjnych poza szkołą. Nie ustanawia ogólnego zakazu wniesienia telefonu do szkoły podstawowej.
Co ma zrobić nauczyciel, gdy uczeń korzysta z telefonu?
Jeżeli szkoła zorganizowała miejsce przechowywania urządzeń i uczeń nie stosuje się do zasad, nauczyciel nakazuje mu odłożenie telefonu do tego miejsca. W razie naruszenia zakazu albo niewykonania nakazu wobec ucznia stosuje się działania wychowawcze lub kary przewidziane w statucie szkoły.
Czy rodzic może nakazać dziecku odbieranie telefonu w czasie szkoły?
Prywatne ustalenie rodzica z dzieckiem nie uchyla ustawowego zakazu. Przepisy przewidują możliwość skorzystania z telefonu w celu nagłego kontaktu z rodzicem za zgodą nauczyciela. Co więcej, ustawa zobowiązuje rodziców niepełnoletnich uczniów do współpracy ze szkołą w przestrzeganiu zasad dotyczących urządzeń oraz kształtowaniu higieny cyfrowej.
Czy są wyjątki od zakazu?
Tak. Ustawa przewiduje między innymi zgodę nauczyciela na wykorzystanie urządzenia do realizacji programu, sprawdzania wiedzy lub nagłego kontaktu z rodzicem, możliwość zgody dyrektora ze względu na określone potrzeby zdrowotne oraz korzystanie w razie bezpośredniego zagrożenia zdrowia, życia lub mienia. Odrębne zasady dotyczą wycieczek szkolnych.
Czy każde dziecko, które dużo korzysta z telefonu, jest uzależnione?
Nie. Sam czas korzystania nie wystarcza do takiej oceny. Badacze posługują się między innymi pojęciem problematycznego korzystania z internetu, smartfona lub mediów społecznościowych, zwracając uwagę na utratę kontroli, zaniedbywanie innych aktywności i negatywne konsekwencje codziennego funkcjonowania.
Źródła i literatura
- Ustawa z dnia 3 lipca 2026 r. o zmianie ustawy – Prawo oświatowe, Dz.U. 2026 poz. 1036 – tekst ogłoszony w Elektronicznym Dzienniku Ustaw: ELI / Dziennik Ustaw .
- Ministerstwo Edukacji Narodowej, „Sejm uchwalił ustawę dotyczącą korzystania z telefonów komórkowych w szkołach i przedszkolach”, 3 lipca 2026 r.: gov.pl .
- Rzecznik Praw Dziecka, „Zakaz telefonów w szkołach. Opinia RPD po konsultacjach z młodymi”, 23 kwietnia 2026 r.: brpd.gov.pl .
- Ładna A., Kamiński K., Rosłaniec K. i in., „Nastolatki. Raport z ogólnopolskiego badania uczniów i rodziców”, NASK – Państwowy Instytut Badawczy, 2025.
- WHO Regional Office for Europe, „Teens, screens and mental health”, dane HBSC dotyczące problematycznego korzystania z mediów społecznościowych: WHO/Europe .
- Zhang J., Ying J., Shen Y. i in., „Examining the interrelationships of school connectedness, social anxiety, and problematic social network use in adolescents”, Journal of Adolescence, 2025; 97(3):687–699: PubMed .
- UNESCO Global Education Monitoring Report, „Phone bans in schools are spreading worldwide as the policy debate rages on”, 17 marca 2026 r.: UNESCO .
Artykuł ma charakter edukacyjny i popularyzatorski. Opis prawny odnosi się do stanu prawnego na 9 sierpnia 2026 r. Ocena zachowania dziecka i sposobu korzystania z technologii wymaga uwzględnienia jego wieku, sytuacji i indywidualnego funkcjonowania; intensywne korzystanie z urządzenia nie jest samo w sobie równoznaczne z rozpoznaniem uzależnienia.
